Xiu Xiu - Women As Lovers [CD+DVD]

  • Dodaj recenzję:
  • Producent: Acuarela
  • Dostępność: Brak / Na zamówienie
  • szt.
  • Cena netto: 43,90 zł 54,00 zł

Limitowana edycja CD+DVD zawierająca 16 klipów, 4 filmy z trasy oraz 100 zdjęć

Xiu Xiu is about throwing all the predictable shit out of the window. A unique artist for sure, Jamie Stewart is what Victorian society would have called, "an unsettling young man." To hear Jamie's band Xiu Xiu play is to be shaken, disturbed, and shown something original. If they say everything's been done, and that the only thing that cracks of newness is what is often called "the unspeakable vision of the individual," then Jamie is in a rare class. His music is new because it's solidly Jamie himself. There is only one Jamie Stewart and because he writes honestly about his personal experience, there is only one Xiu Xiu.

Jamie sings haunted and tortured though always with a sense of humor somewhere below the poisoned blood. While he whispers and shakes and shouts about family secrets, mental sickness, and mortal rot-oft times from a feminine perspective-unnatural percussion cracks around him like wine glasses snapped at their stems. Guitars clang and break into damaged strums, and we are suddenly jarred into listening.

Jamie's last three records, "Knife Play", "A Promise" and "Fabulous Muscles" were exercises in pain unaffected for-or by-art and audience. Lyrics named names and journalists compared his music to Morrissey, Conor Oberst, and the more industrial veins of dance music.

Jamie's new record, his fourth, is his most harrowing and beautiful to date. On "La Foret", he sings about death, doomed love and the decay of relationships. As always, he becomes more specific. Jamie says, "Saturn" is about "wanting to rape the president to death and eat his body as inspired by the Goya painting of Saturn eating his sons." "Baby Captain" is a "familial love note to my brother and a hope to mend his broken heart and offer encouragement." (It's like "Hey Jude" but more personal and too dark for radio.) "Muppet Face," with its howl of wind-tunnel guitar, house beats and eerie harmonium, talks about "a cat dying and the negative understanding of how fucked up my sexual self is and how disgusted I have become with myself in regards to this."

The album waltzes between acoustic parts so intimate that his shoe can be heard scooting on the studio floor as he moves closer to the mic. Then come the pounding darkwave thunderstorms where electronics and guitars go Mogwai loud and Jamie screams over the hissing, spitting deluge.

It's the kind of thing that makes even the most confessional-driven emo sound fake and vague, the type of record that leaves you seasick. So the choice is yours. Listen to "La Foret", shudder, go sit in the sun and be glad you're not Jamie. Or, delve deeper, play it over and over, read the lyric sheet, and give your heart to the darkness. Not an easy choice, to be sure, but the rewards in going with the latter are immense.

recenzje z polskich mediów:
Do płyt Xiu Xiu powinno dodawać się instrukcję, ile razy trzeba owy krążek przesłuchać, zanim zdecyduje się go źle ocenić. Woman As Lovers zmian nie przynosi, nadal panują porozrzucane, chaotyczne dźwięki niewiadomego pochodzenia, które z początku zdają się być bezsensownym łomoto-grzechoceniem. Ale tylko z początku, później narasta zaintrygowanie, i w końcu za tym czwartym-piątym razem orientujemy się, że to jest przeuroczy avant-pop.

Jamie Stewart kontynuuje swoje psychodeliczne jazdy: a to gra na bębęnkach usznych przeraźliwymi jazgotami i krzykami, a to głaszcze po główce lekkimi melodiami i łagodnym wokalem. Tu sztorm przerywany jest sielanką, a wszystko co ładne za chwile może przerodzić się w potwora i na odwrót. Nie zaskoczy to jednak nikogo, kto Amerykanów już kiedyś słuchał. Jamie nadal brzmi jakby śpiewał do słuchawki telefonicznej, rozpieprza głos na wszystkie strony, i wyciąga z niego to, co niewyobrażalne. Dodatkowo wspiera go
w tym kuzynka, Caralee McElroy (której jednak niewiele na płycie).

Chwyt ten SzuSzu stosują od dawien dawna, właściwie od samego ich początku - są zespoły, które przez pół kariery szukają swojej drogi, i jest Xiu Xiu, który pędzi swoją scieżką w środku nocy z zawiązanymi oczami. No i tu jest ten wielki pies pogrzebany, bo na tą stagnacje zespołu można patrzeć dwojako: jest brak rozwoju, wtórość, nadgryzanie ogona; ale jest też to kolejne 14 dobrych utworów, charakterystycznie zagranych, przy które twarz mi się uśmiecha, a przypadkowi współsłuchacze domnstracyjnie się krzywią.

Najbardziej szkoda jednak okładki, która jest banalna. Zespół już mnie przyzwyczaił, że swoje albumy zakrywają pod świetnymi, mocnymi i charakterystycznymi grafikami, a tu jakieś tam rozmazane niewiadomo co a'la Loveless.

17 dni roku 2008 minęło, i jest to na razie jedyna płyta z tego roku, którą polubiłem. Tolerancyjność przyswajalności na dobrym poziomie, w środku jak zwykle dosyć smutno (z przerwami) i ponuro. Na pewno nie jest to coś na miarę A Promise, jak to szumnie zapowiadano, ale warto się Woman As Lovers bliżej przyjrzeć [. . .]
screenagers.com

[. . .] Jeśli kiedykolwiek miałaby powstać piosenka o tym, co czuł Luke Skywalker, dowiadując się, że Lord Vader jest jego ojcem, zapewne napisałby ją Jamie Stewart. Gdy ogłosił on, że nowa płyta Xiu Xiu będzie o wiele przystępniejsza niż poprzednie, podeszłam do tego z dystansem (tak samo mówił o "Fabulous Muscles" - przystępność w jego ustach to pojęcie bardzo względne). Już sam tytuł albumu zwiastował, że tak jak zwykle, będziemy nurzać się w neurotycznym morzu depresji ("Women As Lovers" to przede wszystkim książka Elfridy Jelinek. Tak, tej, która nie odebrała Nobla, bo bała się wyjść z domu. Tak, tej, która w "Pianistce" opisała swoje dziwne stosunki z matką, która to znowu miała dziwne stosunki ze swoimi uczniami w toaletach). Zresztą warstwa tekstowa utworów Xiu Xiu nigdy nie rozczarowała: śmiałe romanse z poezją metafizyczną, dotykanie tematów zwykle nieporuszonych, plus pokaźna dawka cierpienia budziły kontrowersje, ale nie można im było odmówić oryginalności i ciekawej formy. Dramatyzm od groteski dzieli bardzo cienka linia, jednak Jamie nauczył się balansować na niej wręcz po mistrzowsku.

Oczekując na "Women As Lovers", bardziej niepokoiłam się jej teksturą brzmieniową. Przecież z "La Foret" i "Air Force", pomimo że były płytami jak najbardziej poprawnymi, niestety wiało nudą. Do wszystkiego da się przyzwyczaić, tak więc krzyki, złowieszcze chlupoty i histeryczne zgrzyty przestały robić na mnie najmniejsze wrażenie. Pojawiła się natomiast obawa, że najnowsza propozycja Xiu Xiu potwierdzi bezspornie spadek formy zespołu.

Na szczęście Stewart nie zawiódł, a "Women As Lovers" okazał się być albumem prawie przełomowym (kładę nacisk na słowo prawie, bo jak wiadomo, to robi dużą różnicę). Większość melodii na krążku da się zanucić, inna sprawa, że może lepiej nie, bo co by powiedziała mama słysząc jak śpiewasz: Why would mother say such things? Why add tongue to a kiss goodnight?

Krążek otwiera oniryczne "I Do What I Want When I Want", będące jakby przewrotną wariacją na temat improwizacji free-jazzowych. Po takim delikatnym wstępie, w "In Lust You Can Hear The Axe Fall" Stewart powraca do swojej tradycyjnej paranoiczno-osaczającej estetyki, żeby następnie zaskoczyć nas kolejnym utworem. "F.T.W." to akustyczna ballada oparta na delikatnej progresji gitarowej, która niespodziewanie przeradza się w szaloną mieszankę zgrzytów i połamanych dźwięków. "No Friend Oh" to solidny awangardowy art.-pop, pełen kapryśnych saksofonowych jęków. "Guantanamo Canto", jako jedyna polityczna piosenka na płycie, wytrąca nas z równowagi natężoną, marszową perkusją.

I tu dochodzę do momentu, który wcale mnie nie przekonuje. Coverowanie kultowych utworów zawsze jest przedsięwzięciem ryzykownym, a "Under Pressure" w maniakalnym wykonaniu Xiu Xiu, jakoś nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Przez nie krążek wydaje się być zupełnie niespójny, wkrada się dezorientacja i to nie taka, jakiej chciałby Stewart.

Jednak pomijając tę drobną wpadkę, album wypada całkiem pozytywnie. Oczywiście, nie przewyższa poziomem "Fabulous Muscles", ale cieszy delikatną zmianą brzmienia. Większość utworów kojarzy się z pokrętnym hołdem złożonym psychodelicznemu i progresywnemu rockowi ("You Are Pregnant You, You Are Dead", "The Leash"), co "Women As Lovers" prawdopodobnie zawdzięcza produkcji Grega Sauniera z Deerhoof. Do tego, na żadnym z poprzednich krążków zespołu, nie użyto tylu "żywych" instrumentów (harmonijki, gongi, perkusja, saksofon, gitara akustyczna), dlatego ma się wrażenie bycia świadkiem fascynującej walki elektroniki z tradycją.

Gdy wychodzi płyta artysty takiego formatu jak Xiu Xiu, wiadomo, oczekiwania są niebotyczne. Mimo że "Women As Lovers" nie spełniło moich, nie jestem zawiedziona, bo po cichu liczę, że to tylko mały krok w kierunku następnego albumu, który okaże się wielki.
autor: Katarzyna Walas